Zapraszamy do przeczytania wywiadu redakcji Mlawainfo.pl z Matką (nazwisko do wiadomości redakcji), która utraciła swoje dziecko… Odkąd zamiast świeczek na torcie dziecka zapalamy świeczki na jego grobie – nic już nie jest takie jak było…

Dzień Wszystkich Świętych to dobry czas na mówienie o śmierci? To radosne święto.

Temat śmierci powinien nam towarzyszyć jak każdy inny. Nie rozumiem, dlaczego unika się tego tematu w rozmowach z dziećmi, nawet najmłodszymi. Świat dziś kreuje hedonizm, że wszystko ma być łatwe, piękne i przyjemne, problem pojawia się, kiedy życie przynosi co innego. Niestety łatwiej dziś zrobić ze śmierci karnawał – Halloween – niż mówić o wartości święta chrześcijańskiego i podjąć niełatwą rozmowę o tym, że ciało umiera.

Domyślam się, że trudno było Ci podjąć ten temat z Twoim synem, kiedy musiałaś wytłumaczyć mu, że jego młodsze rodzeństwo umrze? Jak wyglądało wtedy Wasze życie?

Ktoś kiedyś powiedział, że najgorzej przeżyć śmierć dziecka i przyjaciela. W naszym przypadku to był szczególny czas. Ciąża. Były dwie kreski i osiem tygodni spokojnego oczekiwania…potem zaczął się koszmar. Przyszedł czas na badania prenatalne, których w zasadzie nie musiałam robić, ale przekonał mnie do nich lekarz prowadzący, jeden z lokalnych lekarzy, do którego chodziłam prywatnie. Dla świętego spokoju wykonałam przesiewowe badania genetyczne. O podejrzeniu wady genetycznej, dowiedziałam się od lekarza prowadzącego przez telefon. Zakomunikował tylko, że wynik jest nieprawidłowy i trzeba wykonać badania inwazyjne, aby potwierdzić lub wykluczyć ostatecznie chorobę. Byłam wtedy w pracy. O mało nie spadłam z krzesełka, zaczęłam płakać. Zrozumiałam połowę tego, co mi powiedział.

Informacja o chorobie dziecka przedstawiona przez telefon?

Tak. Nie zastanawiałam się wtedy i nie oceniałam zachowania pana doktora. Dopiero później koleżanka uświadomiła mi, w jaki sposób zostałam przez niego potraktowana. Przekazał komunikat przez telefon, podał wytyczne odnośnie dalszej diagnostyki od strony skierowania itd., bez informacji jak wygląda badanie, jakie niesie za sobą ryzyko. Nie wspomniałam, że sam obraz dziecka na usg na tym etapie był prawidłowy. Po pracy pojechałam do kościoła. Nigdy nie krzyczałam do Boga, aż do wtedy. Pamiętam każde słowo. Błagałam Go, aby pozwolił żyć mojemu dziecku w zdrowiu, aby mogło poznawać świat jak wszyscy, że jeśli chce mnie ukarać to niech ześle coś na mnie, a bezbronne dziecko niech ocali. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że choroba okaże się letalna, czyli śmiertelna. Zawsze byłam blisko Boga, kościoła, angażowałam się we wspólnoty jeszcze jako nastolatka, nie bałam się bronić wiary w towarzystwie, odważnie się do niej przyznawałam, ale pierwszy raz od lat znów zaczęłam do Niego MÓWIĆ. Nie wiedziałam także, że ten rozpoczęty dialog zmieni moje życie, że cierpienie nie jest żadną karą. Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam szukać w internecie informacji o badaniu zaleconym mi przez mojego lekarza. Byłam przerażona, wstrząśnięta, panikowałam. Wszystko razem. Nie dowierzałam. Skąd choroba genetyczna, skoro wszyscy w rodzinie mojej i męża zdrowi? Usłyszałam potem od profesora genetyki, że to przypadek, nieprawidłowy podział komórki. Zdarza się…statystycznie każdemu może się to przydarzyć. Właśnie. Najczęściej jednak poronienie następuje do trzynastego tygodnia, a tu był już piętnasty. Po wyczytaniu wszystkich informacji zadzwoniłam jeszcze raz do lekarza. Sucha rozmowa, w której pan doktor potwierdził skutki uboczne amniopunkcji, nadal jednak mnie na nią namawiając. Dodał, że powinnam ustalić wspólnie z mężem, co dalej z płodem.

Co dalej?

Tak. Zgodnie z polskim prawem, jeśli badanie ostateczne potwierdzi wadę śmiertelną, mam prawo do terminacji – tak to ładnie określono – do 24. tygodnia ciąży. Rozumiesz? Nic nie jest potwierdzone, a ja przez telefon słyszę o możliwości aborcji od lekarza, który przepisywał mi niedawno najlepsze witaminy, aby dziecko rozwijało się jak najlepiej. Nasze życie w tamtym czasie przypominało tylko z pozoru życie… żyliśmy w innym świecie. Niestety kolejne badania potwierdziły najgorsze. Letalna wada genetyczna, czyli czekanie na śmierć. Wynik dający 99,9% pewności. Nie ma odwrotu, nie ma ratunku, nie ma możliwości pomocy medycznej….Wizyta w Warszawie, spotkanie z genetykiem, który przekonany był, że zdecydujemy się na zakończenie ciąży, bo to bez sensu, to przypadek beznadziejny, mamy szansę na zdrowe potomstwo w kolejnej ciąży – tak nam to przedstawiano. Profesor wyjął nawet kalendarz – wystarczyło zdecydować się, w którym szpitalu i kiedy dokonamy terminacji. I już.

Co Wy na to?

Słuchaliśmy tego z mężem na wpół żywi, przybici, z podpuchniętymi oczami, trzęsącymi ciałami, ale pomimo wszystko trzymając się za ręce. I wtedy mąż powiedział tylko jedno zdanie dość stanowczym tonem – nie zdecydowaliśmy się, nie przerwiemy ciąży. Z lekkim cynicznym uśmiechem wręczono nam skierowanie do hospicjum prenatalnego i podziękowano. Zostaliśmy sami, no nie, skłamałabym – z Bogiem. Popłynął szturm modlitewny do nieba za nasze dziecko i za nas. Wszyscy, dosłownie znani i nieznani, znajomi, znajomi znajomych modlili się w naszej intencji, zamawiali msze święte w Częstochowie, Gietrzwałdzie, pielgrzymując do Fatimy, Medjugorie, tworząc łańcuchy modlitwy. Rozpoczęłam nowennę pompejańską, mąż modlił się z św. Rity, do Ducha Świętego, do św. Jana Pawła 2. I wtedy przyszła z pomocą Matka. Jaka? Matka Boska. To nie są puste słowa. Ona z nami naprawdę była. Zesłała nam wspaniałego lekarza, który w zasadzie spadł z nieba, sam ofiarował opiekę, swój czas, pomimo prywatnych wizyt nigdy nie wziął za nie pieniędzy. Cudowny, ciepły człowiek, potem dopiero lekarz. /Ten poprzedni lekarz namawiając na aborcję po raz drugi, nastraszył mnie nawet utratą zdrowia, a być może i życia, jeśli zdecyduję się na kontynuowanie ciąży./ Postawiła nam na drodze także księdza – tego dnia, kiedy odebraliśmy wynik – podszedł do nas przypadkiem (?) w kościele. Był z nami do końca, wspierał modlitwą, odprawiał msze święte, wreszcie pożegnał z nami nasze dziecko na cmentarzu. Gdyby spojrzeć na to czysto po ludzku, pewnie skończyłoby się depresją, oddaleniem się od siebie w małżeństwie, odsunięciem starszego syna, czyli tym wszystkim, co się dzieje, gdy nie ma Boga lub gdy Boga obwiniamy za cierpienie. Z każdym tygodniem modlitwy, stawaliśmy się sobie bliżsi, rozmawialiśmy o najgłębszych pragnieniach serca, szczerze, jak nigdy dotąd. Czysto po ludzku był to niewyobrażalnie trudny czas. Wierzyliśmy nawet w cud. Czytając o różnych świadectwach, szczególnie dotyczących dzieci jeszcze nienarodzonych, trwaliśmy w nadziei.

Czyli wsparcie w rodzinie, modlitwie dało siłę. A pozostali lekarze nie dawali nadziei?

Wszystkim powtarzałam i powtarzam, że to nie moja siła, ale dana mi z góry. Siła różańca. Lekarze? Im bliżej porodu, tym bardziej pojawiało się pytanie o najbliższą przyszłość. Usłyszałam, że jeśli dziecko dotrwa do porodu i przeżyje go, nawet jeśli będzie potrzebowało pomocy, to i tak zostanie zostawione samo sobie, takich dzieci się nie ratuje, nie operuje, bo nie rokują – lekarze z Warszawy.

W świecie, gdzie dba się o zwierzęta jak o ludzi, a przedmiotom nadaje się wartości odmawia się pomocy bezbronnym dzieciom? To niehumanitarne!

Tak, żyjemy na takim świecie. Człowiek zna dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego – gdzieś kiedyś przeczytałam. I dochodzimy do sedna. Mówi się dużo o aborcji, dzieli się ludzi na tych, którzy popierają i są przeciwni. Słyszałeś o pomocy kobietom, które straciły dziecko? Nie, o tym się nie mówi. A rocznie samych poronień do 20. tygodnia ciąży i martwych urodzeń są tysiące. Tu potrzebna jest pomoc całej najbliższej rodzinie, rodzeństwu. W Polsce to nadal temat tabu. Nie mówię już o małych miastach. Wielu znajomych, a nawet z rodziny nie wiedziało jak się zachować, kiedy dowiedzieli się, że straciliśmy dziecko. Odezwać się? Ale jak? Może lepiej zostawić, przeczekać. Pytałeś wcześniej o rozmowę ze starszym synem. Cały ten czas był trudny też dlatego, że z uwagi na niego musieliśmy „się trzymać”. Nasza żałoba trwa w zasadzie od otrzymania pierwszego wyniku, potem było tylko gorzej. Wszystkie etapy żałoby – rozpacz, ból, obwinianie siebie zaliczyliśmy zanim dziecko jeszcze umarło.Wyobrażasz sobie? Ciąża trwa, czuję ruchy dziecka, ale wiem, że ono i tak umrze, tylko nie wiem kiedy, czy uda mi się donosić ciążę, czy wrócę z dzieckiem ze szpitala do domu? Pożyje kilka tygodni, a może miesięcy? To ciągłe napięcie było straszne. W takim napięciu trwaliśmy kilka miesięcy. A wiadomo, przypadkowe spotkania znajomych, pytania pań w sklepie, kiedy musisz udawać, że jest to dla ciebie czas błogosławiony, choć w rzeczywistości jest koszmarem. Musieliśmy nauczyć się z tym żyć, że nic już nie będzie takie samo. Bo co innego, kiedy dzieci się nie ma, a co innego jak ono było – nieważne, że w ukryciu, pod moim sercem. Dostało imię, miłość i godzinę na pożegnanie z rodzicami, ale jako urodzone już dla nieba.

Syn uczestniczył w ceremonii pogrzebowej?

Nie, ale tylko dlatego, że sam tak zdecydował. Nie wiem jakim cudem wyjaśniłam odejście małego dziecka chłopcu, który nigdy przedtem nie miał styczności ze śmiercią ani babci, ani dziadka, nikogo. Małe dzieci uczysz, że odchodzą ci najstarsi, to daje poczucie bezpieczeństwa i układa logiczne następstwa – ciało się starzeje, jest coraz słabsze i umiera. A tu umarło dziecko. Ciąg przyczynowy został zaburzony. Pojawia się pytanie – dziecko może umrzeć, czyli ja też umrę? To nie są łatwe rzeczy, bo musisz na tyle zebrać się w sobie, żeby przepracować to, postawić się na miejscu kilkuletniego dziecka, który widzi rozpacz rodziców, smutek w domu, a zamiast wybierać wózek i zabawki do pokoju malucha, wybiera zabawki do trumny, zastanawiając się, kiedy on sam umrze. To jest wcale niemały bagaż doświadczeń jak na ten wiek. I wtedy znowu przychodzi z pomocą wiara. Wspólne modlitwy, wychowanie od początku w świadomości życia wiecznego, istnienia nieba, piekła, dobra i zła, nazywania przeżywanych emocji, bardzo pomagają. On wie, że życie to nie jest tylko tu i teraz, ale pracujemy na to, żeby żyć dalej. Wie, że zmarłe dziecko czeka na nas w niebie, że jest to nasz prywatny aniołek, który będzie zawsze z nami.

Żałoba nigdy się nie kończy?

Dziś jestem już na tym etapie, że mogę o tym mówić, dawać świadectwo. Nie wytrzymałabym tego wszystkiego i nie podniosłabym się, gdyby nie wiara, modlitwa. Przez cały czas, także zaraz po śmierci dziecka funkcjonowałam bez leków uspokajających, bez wsparcia psychologa. Tak, jestem silna, ale nie swoją siłą, powtarzam. Jestem silna na tyle, żeby wstać, zebrać się do pracy, istnieć. Nie płaczę na każde wspomnienie o dziecku, tak jak kiedyś. Ale u nas była inna historia. Inaczej, kiedy ciąża przebiega prawidłowo, dziecko jest zdrowe, a nagle podczas porodu albo zaraz po nim dzieje się jakaś tragedia. Tu wszystkie etapy żałoby zaczynają się od momentu śmierci. U nas, jak to podkreślił ksiądz podczas mszy pogrzebowej – było świadome dźwiganie krzyża – decyzja o trwaniu w cierpieniu i oddanie się woli Boga. Dlatego może łatwiej albo szybciej po śmierci dziecka przeszliśmy do ostatniego etapu, czyli pogodzenia się ze stratą i etapu pamięci o zmarłym. Rana się zagoi, ale blizna pozostanie blizną, a nie zdrową skórą. Odkąd zamiast świeczek na torcie dziecka zapalamy świeczki na jego grobie – nic już nie jest takie jak było…

Mówisz: przeszliśmy, zapalamy. Widać, że jesteście w tym razem, wspieracie się.

Inaczej żałobę przeżywa kobieta inaczej mężczyzna i nie chodzi tu o to, że mężczyzna zamyka się w sobie, a kobieta płacze, pokazuje emocje – to zależy od charakteru. Śmierć dziecka jest szczególnym rodzajem żałoby. A tu jeszcze dziecka nienarodzonego. Mąż wiedział, że mnie jest gorzej, bo ja z nim byłam od początku i urodziłam je. Dlatego tak ważne jest wsparcie kobiety przez męża, ale i odwrotnie. Nie zamykać się, trwać razem na modlitwie, rozmawiać o emocjach, starać się siebie zrozumieć.

Każde doświadczenie radości czy cierpienia jest łaską. Czego ciebie nauczyło to doświadczenie?

Ono jest jedną wielką nauką. Przede wszystkim podkreśliło wartość ludzkiego życia. Gdybym miała decydować jeszcze raz, nie usunęłabym ciąży, to jasne. Zawsze byłam zwolenniczką pro-life, ale nie wiedziałam, że przyjdzie mi przekonać się o tym osobiście. Daje to do myślenia nad kondycją współczesnego świata – może zabrzmi to patetycznie, ale w którą stronę zmierzamy? /„Żyjemy w świecie, w którym pogrzeb jest ważniejszy od zmarłego, wesele jest ważniejsze od miłości, wygląd ważniejszy jest od intelektu. Żyjemy w kulturze opakowań, która gardzi zawartością.” Eduardo Galeano/ Przekonałam się także, że człowiek naprawdę zniesie wszystko, że Bóg dozuje cierpienie wg siły, którą się posiada, aby je nosić, trzeba tylko ufać. I chyba to, że mamy w sobie ogromne pokłady miłości do drugiego człowieka, że jesteśmy w stanie zapomnieć o sobie samych, aby pomimo bólu żyć dalej. Tak. Nic już nie będzie takie samo, nie będzie beztroski i zwykłych trosk dnia codziennego, będzie inaczej, ale trzeba żyć.

Źródło: Zrozpaczona Matka/foto H. Grącka

Wydawca oraz Redaktor portalu MlawaInfo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karna lub cywilna

Brak komentarzy