6 grudnia 1946 r. oddział funkcjonariuszy UB z Przasnysza, silnie wzmocniony przez pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich, dokonał obławy na rodzinną wieś żołnierza AK Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża” – Zembrzus. Przeciwko jednemu partyzantowi skierowano kilkadziesiąt uzbrojonych po zęby osób. Zacheusz nie poddał się. Próbował ucieczki w kierunku bagien.

Zawsze mówił, że nie da się wziąć żywy. Kapitan Radaj, dowódca pułku, oparł karabin o płot i strzelał do uciekającego partyzanta. Ranny „Jeż”, będąc bez szans na przebicie się przez obławę, przyłożył pistolet do głowy i ostatni strzał przeznaczył dla siebie.

1946 Północne Mazowsze Żołnierze z oddziału Zacheusza Nowowiejskiego Jeża Stoją od lewej Mieczysław Szczepkowski Beton Dominik Szempliński Hipek Jan Sobierajski Hrabia Zacheusz Nowowiejski Jeż Mirosła

„[…] jak trudno ustalić imiona wszystkich tych którzy zginęli w walce z władzą nieludzką […] a przecież w tych sprawach konieczna jest akuratność nie wolno się pomylić nawet o jednego […] jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci […] musimy zatem wiedzieć policzyć dokładnie zawołać po imieniu […]”.
Zbigniew Herbert, „Pan Cogito o potrzebie ścisłości”

Rano przyszedł Zacheusz do domu. Był w dobrym nastroju. Matka szykowała mu koszule, ubranie, jedzenie na drogę. Miał za kilka dni jechać na zachód Polski. Tu był zupełnie spalony. W Szczecinie mieszkał jego dobry kolega, który mógłby go zalegalizować. „Mówi mi: »Wiesz Heniu, miałem przyjemny sen. Śnili mi się koledzy szkolni«, i wymienił ich imiona i nazwiska. »Oni byli jacyś szczęśliwi, cieszyli się, podrzucali mnie do góry«. Nic mu wtedy nie powiedziałem, dopiero później, po wszystkim, uświadomiłem sobie, że ci jego koledzy, poza jednym – »Pukiem« Józkiem Olkowskim, byli już na łonie Abrahama. Jedni zginęli w czasie walk z Niemcami, inni w walce z ubekami. Nie wiem do dzisiaj, co ten sen miał znaczyć. Może był jakimś ostrzeżeniem?”.

SZLACHCIC NA ZAGRODZIE

Nowowiejscy, herbu „Pobóg”, należą do drobnej mazowieckiej szlachty – tzw. zagrodowej. Ich gniazdem rodzinnym była Nowa Wieś w powiecie Przasnysz. Na północnym i wschodnim Mazowszu, graniczącym z Prusami, w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej zamieszkiwało kilkunastokrotnie więcej rodzin szlacheckich niż w Wielkopolsce czy Małopolsce. Szlachta zagrodowa gospodarowała na niewielkich kawałkach ziemi. Mazowiecki szlachcic może nie był zbyt bogaty i wykształcony, ale z dumą chodził „przy szabli”.
Każdy członek tej społeczności – cieszący się pełnią praw szlacheckich – mógł wybierać króla, zgodnie zresztą ze starym powiedzeniem: „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Ze szlachtą mazowiecką należało się liczyć w I RP – posiadała duże wpływy na elekcję królewską, i to nie tylko ze względu na liczebność, lecz także dlatego, że przecież elekcje odbywały się na Mazowszu.

W wydanej w 1908 r. książce „Szkice z dziejów szlachty mazowieckiej” autorstwa prof. Władysława Smoleńskiego jawi się niezwykle barwny obraz tej społeczności – ludzi krewkich, obdarzonych dużym temperamentem, może nie zawsze kierujących się zdrowym rozsądkiem. Profesor Smoleński zwraca uwagę na jedną z bardziej wyrazistych cech szlachty mazowieckiej – wierność wierze katolickiej, Kościołowi. Innowiercy nie mogli tutaj znaleźć posłuchu, napotykali niechęć, a nawet wrogość. „Szlachcic mazurski – pisał Smoleński – […]”.nie rozstawał się poza domem z kijem sękatym, obuchem lub rusznicą. Z najbłahszej przyczyny wszczynał bójkę. Wrażliwy na lada uchybienia, na obelgi lub potwarz bronił swej czci […]”.
O szlachcie mazowieckiej – ze względu na jej przywary i wysokie mniemanie o sobie – powstało sporo złośliwych powiedzonek: „Fortun sześć, ale nie ma co jeść” albo: „Gdy pies usiądzie na jednym dziedzictwie, ogon musi położyć na drugiem”. Chociaż była wdzięcznym obiektem różnych uszczypliwości, to zawsze ceniono ją w czasie wojen, zagrożenia Rzeczypospolitej – ze względu na bitność i odwagę. Nigdy nie szczędziła krwi.

Rok 1946 Północne Mazowsze Żołnierze z oddziału Zacheusza Nowowiejskiego Jeża Siedzą od lewej Tadeusz Moszczyński Feliks Zdzisław Sobierajski Czesław Dominik Szempliński Hipek Władysław Kopełowski Chwast

CHŁOPAK Z NIESFORNĄ CZUPRYNĄ

Wiktor Zacheusz Nowowiejski był prawie rówieśnikiem niepodległej II Rzeczypospolitej – był ledwie o trzy lata od niej starszy. Urodził się 28 grudnia 1915 r. we wsi Zembrzus w gminie Janowo, w dawnym powiecie przasnyskim, jako syn Władysława i Marianny. Ojciec posiadał 56 hektarowe gospodarstwo rolne. Pełnił też funkcję wójta gminy Janowo. Rodzina była liczna, bowiem poza rodzicami składała się z sześciu synów i dwóch córek. W domu panowała tradycyjna atmosfera polskich rodzin szlacheckich, pełna wiary i patriotyzmu. Żywe były tradycje rodzinne związane z przeżyciami walk powstańczych z 1863 r. na Mazowszu, w których czynnie zaangażowany był dziad Zacheusza od strony matki – Faustyn Zembrzuski, tak więc już od młodych lat Zacheusz wychowywał się w duchu miłości do ojczyzny, szacunku dla tradycji narodowej, ofiarności dla Polski, która po tylu latach niewoli odzyskała niepodległość. Młodemu chłopcu głęboko w duszę zapadły opowiadania rodziców o czynach przodków. Być może już wtedy zapragnął iść w ich ślady.
Duży wpływ na wychowanie dzieci miała matka – Marianna z Zembrzuskich. Jak już wspomniano, jej ojciec Faustyn Zembrzuski, walczył w Powstaniu Styczniowym w powiecie przasnyskim, w oddziale Tomasza Kolbego. Aresztowany przez Rosjan, skazany na 25 lat więzienia, dzięki amnestii mógł powrócić do rodzinnego domu po 15 latach spędzonych na Syberii. W domu Nowowiejskich zawsze żywa była legenda nieugiętych Powstańców Styczniowych – gotowych pójść na śmierć w imię wolności Polski. Jakże często szafuje się zwrotem „wyssał patriotyzm z mlekiem matki” – w przypadku Zacheusza Nowowiejskiego, ale nie tylko, bo również jego rodzeństwa i jego matki, to nie był żaden slogan.

Henryk Nowowiejski, brat Zacheusza, wspomina:
„Matka była niezwykłą kobietą – my, jej synowie, wolelibyśmy zapaść się pod ziemię, aniżeli ją zawieść. Pamiętam jak w 1946 r. wpadli na podwórko milicjanci z Wielbarka, a na stole w kuchni leżał pistolet, inni straciliby głowę w takiej sytuacji. A ona zachowała przedziwny spokój – włożyła pistolet na dno garnka, nasypała do niego ziemniaków i postawiła na kuchni na ostatniej fajerce, do której nie dochodzi ogień.
Ubecy często ją upokarzali wyzwiskami – nie chcę ich przytaczać, bo nie przejdą mi przez gardło – prowokowali, próbowali zastraszyć. Wyróżniał się w tym zastępca szefa UB w Przasnyszu – porucznik Madziar. Wyjątkowy oprawca. Stawiał matkę pod ścianę domu i pozorował rozstrzeliwanie. A ona nawet nie drgnęła. Nie wiem, skąd czerpała tę niezwykłą moc, chyba tylko gdzieś z nieba, bo była osobą głęboko wierzącą, że nawet trudno to opowiedzieć”.

Naukę w zakresie szkoły podstawowej pobierał w szkole gminnej w Janowie. Uczył się bardzo dobrze i rodzice podjęli decyzję o dalszym kształceniu syna w Seminarium Nauczycielskim w Mławie. Do tej szkoły zazwyczaj trafiała młodzież z wiejskich rodzin szlacheckich, ale w jej ławach nie brakowało też młodzieży z rodzin chłopskich. Szkoła w II RP uczyła dyscypliny, posłuszeństwa, patriotyzmu – seminarium nie odstawało pod tym względem od innych polskich placówek. Wielu szkolnych kolegów Zacheusza zasiliło wkrótce szeregi Armii Krajowej, przeciwstawiło się sowieckiej okupacji – w ten sposób zdawali chłopcy egzamin z pobieranych lekcji patriotyzmu.
Imię Wiktor figurowało tylko w dokumentach, ale w życiu wszyscy używali imienia Zacheusz. Koledzy szkolni zapamiętali go jako tego, który organizował pomoc uczniom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej. Chodziło tu o zbieranie funduszy, z których później w szkole serwowano im drugie śniadanie.

W Seminarium Nauczycielskim panowała surowa dyscyplina. Wymagano by uczniowie nosili granatowe rogatywki, tzw. konfederatki, z białymi wypustkami, czarnym lakierowanym daszkiem i paskiem oraz metalowym białym orzełkiem. Głowy pod czapkami musiały być krótko, schludnie ostrzyżone – i to była zmora Zacheusza – jego gęste, sztywne włosy po ostrzyżeniu w żaden sposób nie dawały się układać. Sterczały na wszystkie strony jak długie szpilki. To z powodu tych niesfornych włosów otrzymał w szkole przezwisko „Jeż”, z którym nie rozstał się przez całe życie, a w czasie wojny i okupacji przyjął je za swój partyzancki pseudonim.
Jeden z jego najbliższych kolegów klasowych – Staszek Borzuchowski, zwany ze względu na posturę w szkole „Niedźwiedziem”, również zamienił przezwisko na pseudonim. Pozostał z „Jeżem” do końca.

Zacheusz był bardzo lubiany wśród kolegów. Nie ujawniał jeszcze wtedy jakichś specjalnych cech przywódczych – niemniej w trudnych sytuacjach było wiadomo, że można na niego liczyć. To nie przypadek, że potrafił w latach okupacji niemieckiej i początków sowieckiej skupić wokół siebie wielu szkolnych kolegów.
Seminarium Nauczycielskie ukończył w 1936 r. i wkrótce rozpoczął służbę wojskową w Szkole Podchorążych w Zambrowie. Pewnie nawet nie przypuszczał wówczas, jak bardzo i ta nauka przyda mu się wkrótce w życiu. Przed wybuchem wojny pracował jako nauczyciel w szkole niedaleko Ciechanowa.

Żołnierze por Zacheusza Nowowiejskiego Jeża Od lewej stoją Stanisław Borzuchowski Niedźwiedź Tadeusz Piotrowski Zbyszek, Mieczysław Szczepkowski Beton Zacheusz Nowowiejski Jeż klęczy Mirosław Krajewski Wie

JAK DZIADEK FAUSTYN ZEMBRZUSKI

Wybuch wojny we wrześniu 1939 r. nie był dla niego zaskoczeniem. Mieszkając i pracując w pasie pogranicznym z Prusami, był świadkiem wielu prowokacji i przygotowań piątej kolumny do działań zbrojnych.
Jako kapral podchorąży otrzymał kartę mobilizacyjną do jednostki w Białej Podlaskiej i brał udział w wojnie obronnej 1939 r. Po kapitulacji armii i udanej ucieczce z obozu jenieckiego, późną jesienią powrócił w rodzinne strony. Już wówczas w porozumieniu z kolegami zaangażował się do pracy na rzecz wspierania ruchu oporu na terenie gminy Janowo i powiatu przasnyskiego. Wraz z innymi nauczycielami zorganizował siatkę tajnego nauczania. Nowowiejski od początku był członkiem Związku Walki Zbrojnej, który w 1942 r. zmienił nazwę na Armia Krajowa. Z biegiem lat okupacji walka podziemna z nieprzyjacielem przekształcała się w wyższą formę jaką było tworzenie się oddziałów partyzanckich.

Wiosną 1942 r. chyba tylko cudem uniknął aresztowania przez gestapo. Wielu jego kolegów trafiło do obozów, zginęło w egzekucjach. Został zmuszony do ukrywania się na lewych papierach na terenie powiatu nidzickiego w zaprzyjaźnionej rodzinie mazurskiej (północne Mazowsze stanowiło wraz z przyległym terenem Prus Wschodnich obszar Rzeszy Niemieckiej).
W kwietniu 1943 r. został zaprzysiężony jako żołnierz AK ps. „Jeż”. Początkowo – po nawiązaniu współpracy z komórką wywiadu AK na Prusy Wschodnie i Władysławem Rabkiewiczem „Sławiczem”, pozyskiwał poprzez siatkę informatorów wiadomości dla sztabu podokręgu „Olsztyn – Tuchola” AK. Cennym źródłem informacji była m.in. Stanisława Domańska „Spych”, zatrudniona w mieszkaniu nidzickiego landrata Axela Crewella. W siatce współdziałali m.in. dwaj bracia Zacheusza – Henryk „Sosna” i Izydor „Kalina” – zatrudnieni u Mazura Ernsta Maxa w Jabłonce k. Nidzicy. Ernst Max był ważnym współpracownikiem polskiej konspiracji ze względu na swoje rozległe kontakty handlowe, prywatne – dostarczał m.in. ryby niemieckim urzędnikom, oficerom w Nidzicy, Ciechanowie, Mławie, Przasnyszu. To wówczas ujawniła swoje duże umiejętności konspiracyjne Halina Kołakowska „Jurand” – późniejsza żona Izydora Nowowiejskiego „Kaliny”, wkrótce wręcz niezastąpiona w wypisywaniu lewych dokumentów partyzantom.

Latem 1943 r. wśród mokradeł rzeki Orzyc został sformowany, głównie przez synów szlacheckich rodzin, partyzancki oddział AK. Komendantem został Stefan Rudziński „Wiktor”. Oddział tworzyli koledzy, m.in.: Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, Izydor Bukowski „Burza”, Leon Uzdowski „Łabędź”, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Michał Moszczyński „Wołodyjowski”. Funkcję kapelana oddziału pełnił ks. Stanisław Gutowski z Janowca Kościelnego.
Pierwsze partyzanckie zadania polegały na likwidacji agentów niemieckich na terenie powiatu mławskiego, udostępnianiu bazy osobom „spalonym”. Następne były już znacznie trudniejsze, wymagające sporych umiejętności – dokonywali wypadów na teren Prus Wschodnich: np. jesienią 1943 r. rozbroili posterunek żandarmerii w Muszakach, w marcu 1944 r. zdobyli broń od żołnierzy niemieckich w Krakowie w powiecie nidzickim. Akcje starali się przeprowadzać w taki sposób, aby nie było później odwetu na miejscowej ludności ze strony niemieckiej. Unikali niepotrzebnych starć. W czerwcu 1944 r. „Jeż” wziął udział w dużej akcji wspólnie z „Wiktorem”, „Wierzbą”, „Betonem”, „Robakiem” usuwania groźnych agentów pracujących dla Niemców.
Tuż przed wybuchem powstania warszawskiego oddział „Wiktora” liczył już 80 ludzi. Do partyzantki garnęli się mężczyźni zagrożeni wywózką na roboty, kopania okopów. „Jeż” i „Burza” zostali mianowani dowódcami drużyn. Inny ich szkolny kolega – „Niedźwiedź” – objął funkcję zastępcy dowódcy oddziału. Plany dowództwa AK zakładały, że oddział „Wiktora” na czas akcji „Burza” miał się dozbroić i uzupełnić stan osobowy do pełnych czterech plutonów, aby stał się podstawą do utworzenia pułku AK z żołnierzy powiatu mławskiego.
Mimo tego, że „Jeż” był świetnie wyszkolonym, doświadczonym żołnierzem, mającym za sobą podchorążówkę, udział w niezwykle trudnych, ryzykownych akcjach partyzanckich, to jednak gdzieś w nim siedziała też natura nauczyciela, pedagoga. Ta jego druga natura, a kto wie czy nie pierwsza, często dawała o sobie znać. Jeżeli była tylko ku temu sposobność, wolał przeprowadzać kurs pedagogiczny, niż zabijać.
Tak też stało się m.in. wówczas, gdy dowództwo AK poinformowało o sześcioosobowej grupie mężczyzn, nie należących do żadnej organizacji podziemnej, ukrywającej się w lasach i odbierającej miejscowej ludności żywność i odzież. „Jeż” postanowił przyjąć tę grupę do oddziału – polecił bacznie obserwować i wychowywać. Okazało się jednak, że mimo stosowanych metod wychowawczych nie zaniechali kradzieży, nawet pod groźbą kary śmierci. Po wejściu Sowietów na teren Mazowsza kilku z tych przygarniętych „partyzantów” zasiliło szeregi Urzędu Bezpieczeństwa. Ze szczególną zaciekłością tropili chłopców z oddziału „Wiktora”, w tym również „Jeża”.

W sierpniu 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie. Zgodnie z planami na czas akcji „Burza”, oddział, w którym walczył „Jeż”, miał zlikwidować okoliczne posterunki żandarmerii i walczyć z Niemcami na pograniczu Prus Wschodnich. Latem 1944 r. „Jeż” dokonał kilku udanych akcji w powiecie nidzickim – m.in. dając nauczkę, ale już nie pedagogiczną, nadgorliwym żandarmom, partyjnym aktywistom z NSDAP. Kierował min. akcjami, których owocem był udany wypad do wsi Piotrowice w celu zdobycia radia i broni oraz likwidacja w Pęczkach aktywisty NSDAP, który znęcał się nad Polakami. Stojąc na czele sześcioosobowego oddziału ubranego w mundury Wehrmachtu, zlikwidował duży posterunek żandarmerii w Sarnowie. We wrześniu 1944 r. „Jeż” brał udział w akcji zlikwidowania w Siennie członka SA., który odznaczał się szczególnym okrucieństwem w stosunku do robotników polskich, a także wobec Polaków uciekających z obozów. Święto Odzyskania Niepodległości Polski uczcił w ten sposób, że 11 listopada 1944 r. zdobył w Muszakach dużą ilość broni i odzieży, która służyła im później w walce z sowieckimi najemnikami. O działalności żołnierzy z oddziału „Wiktora” wiedziały władze niemieckie, które w różny sposób chciały go zlikwidować. Sprzymierzeńcem partyzantów była przyroda, to znaczy: bagna, mokradła, las. W akcjach tych „Jeż” odznaczał się pomysłowością, która bazowała na nieprzeciętnej inteligencji.
O niepospolitej osobowości „Jeża” może świadczyć choćby następujący fakt – otóż, jak za dawnych, szkolnych lat, kiedy działał w „Bratniej Pomocy”, popularnym „Bratniaku” (organizował pomoc materialną, finansową ubogim kolegom szkolnym, dostarczał im od zaprzyjaźnionych kupców pieczywo, wędlinę, herbatę), tak i w czasie okupacji zorganizował pomoc dla rodzin, których mężowie, ojcowie przebywali w niemieckiej niewoli, w obozach, byli aresztowani. Akcją pomocy (45 marek miesięcznie) kierowali osobiście „Jeż” z „Burzą”. Pieniądze dostarczał rodzinom Franciszek Nachtygal „Kasa”. W tym też czasie Zacheusz Nowowiejski otrzymał awans na stopień porucznika.

Nastał rok 1945. „Jeż” był świadom bolszewickiego zagrożenia nadciągającego ze Wschodu. Docierały wiadomości o klęsce powstania w Wilnie, w Warszawie. O aresztowaniach żołnierzy AK przez Sowietów. W drugiej połowie 1944 r. na terenie działania Stefana Rudzińskiego „Wiktora” pojawił się polsko – sowiecki oddział wywiadowczy kpt. Siergiejewa. Władze AK wyznaczyły do kontaktów z Siergiejewem por. „Jeża” – wedle zaleceń dowództwa udzielono mu wszelkiej pomocy. Desant ten został zrzucony na zaplecze frontu w okolicach Jabłonki w powiecie nidzickim. Polacy, będący w grupie desantowej, przeszli na stronę polskich partyzantów. Siergiejew był później dowódcą pułku, którego żołnierze zamordowali „Jeża”.

W styczniu 1945 r. Sowieci zaczęli instalować swoje przyczółki władzy na północnym Mazowszu. Trzech oficerów NKWD zakwaterowało się w Zembrzusie w domu Nowowiejskich. Ich pytania, dociekania nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości, iż Sowieci planują ujęcie „Jeża”. Byli świetnie zorientowani w sytuacji – wiedzieli, jaką rolę odgrywał Zacheusz Nowowiejski w czasie okupacji niemieckiej.
Już wkrótce NKWD zastąpiły utworzone w marcu struktury UB. Ubecy z nie mniejszą zapalczywością zabrali się za obławę na żołnierzy AK niż ich sowieccy instruktorzy. Aresztowanych z Mławy, Przasnysza, Krasnosielca, Chorzel zwożono na punkt zborny w Ciechanowie, a stamtąd pociągami towarowymi transportowano na nieludzką ziemię. Nie wszystkim dana była nawet ta podła podróż – ginęli w mrocznych podwórkach ubeckich murów. Jedynym zarzutem, oskarżeniem była przynależność do AK.

ROZBICIE MŁAWSKIEJ BEZPIEKI

Na początku lutego 1945 r. „Wiktor” otrzymał rozkaz rozwiązania oddziału partyzanckiego podpisany przez ostatniego komendanta obwodu mławskiego Henryka Tyszkę „Żurka”. Z bólem serca, ale rozkaz został wykonany.
„Jeża” bardzo niepokoiły informacje o aresztowaniach żołnierzy AK. Zamykano nawet ludzi powracających z obozów, z przymusowej pracy czy wysiedleń. Partyzanci postanowili przeciwdziałać narastającemu zagrożeniu, aby nie dopuścić do całkowitego wyniszczenia ludzi związanych z podziemnym państwem polskim.
W połowie marca 1945 r. na terenie powiatu przasnyskiego została powołana do życia Samoobrona Społeczna. Jej organizatorem był Stanisław Rożek „Przebój” (późniejszy ps. „Zych”), komendant „dwójki” Obwodu Przasnysz, żołnierz oddziału „Rąbana”. Funkcję komendanta Ośrodka nr 3 objął Zacheusz, który przyjął nowy pseudonim „Żuk”, na jego zastępcę mianowano Ryszarda Żbikowskiego „Skibę” (po zmianie „Kalina”). Do zadań „Samoobrony Społecznej” należało prowadzenie wywiadu o aresztowanych i miejscach ich przetrzymywania, udzielanie pomocy zagrożonym, organizowanie bezpiecznych kwater. Rozwój wydarzeń spowodował, iż ważnym zadaniem partyzantów stało się odbijanie aresztowanych, przygotowywanie fałszywych dokumentów.
Zacheusz Nowowiejski nie był początkowo zwolennikiem otwartej walki z ubekami, komunistami. Czuł się, jak zwykle, odpowiedzialny za żołnierzy, a sytuacja polityczna nie była zachęcająca do podjęcia walki – Rząd Jedności Narodowej został uznany przez państwa zachodnie. Spokój nie trwał jednak długo…
Do spektakularnej i pierwszej akcji grup zbrojnych, wywodzących się z Samoobrony Społecznej, doszło w bardzo tragicznych okolicznościach. Grupa funkcjonariuszy UB w Mławie poszukując Adama Czaplickiego „Torpedy” byłego żołnierza AK z oddziału Stefana Rudzińskiego, w dniu 28 V 1945 roku dotarła do wsi Ślubowo w powiecie przasnyskim i otoczyła dom Zarębskich, w którym ukrywał się „Torpeda”. Poszukiwanemu udało się uciec, został natomiast zabity zięć Zarębskiego, Tadeusz Długokęcki oraz jego 3-letni syn Janusz. Irenę Długokęcką, będącą w zaawansowanej ciąży, funkcjonariusze UB zmusili do zakopania ciała męża i syna. Następnie aresztowali młodszą córkę Zarębskich, a dom podpalili. Morderstwa te wstrząsnęły miejscową opinią publiczną.
Ich bezpośrednim następstwem było spotkanie Stanisława Rożka, Ryszarda Żbikowskiego i Zacheusza Nowowiejskiego. Spotkanie miało miejsce tam, gdzie doszło do opisanej tragedii. Po krótkiej naradzie zapadła decyzja zaprzestania biernej obserwacji wydarzeń. „Jeż” postanowił odbić dziewczynę oraz kolegów z konspiracji antyniemieckiej, którzy również siedzieli w piwnicach więzienia PUBP w Mławie. Byli to Aleksander Hausman, zajmujący się w podziemiu organizacją wojska, Jan Barański, szef Oddziału Informacji, a potem łączności Obwodu Mławskiego AK, Jan Nowakowski, szef Kedywu, Stanisław Borzuchowski, żołnierz oddziału „Wiktora” i Izydor Bukowski „Burza”. Razem w więzieniu przebywało około 40 osób z tym, że nie wszyscy byli uprzednio związani z konspiracją. Więźniowie ci byli poddawani normalnej procedurze śledczej, w zestaw której wchodziło bicie i tortury. Aleksander Hausman był tak storturowany, że nie mógł chodzić.

Akcja mająca na celu rozbicie więzienia UB w Mławie oraz wypuszczenie więźniów była doskonale przygotowana. Mówi także o tym stosowny zapis w Kronice MO i SB w Mławie, w której czytamy m.in.:
„W nocy 2/3 czerwca. 1945 roku banda BOW [?] pod dowództwem „Jeża” w sile około 15 ludzi, uzbrojona w broń ręczną i maszynową, podszywając się pod funkc[jonariuszy] MO, z rzekomo aresztowanymi, wtargnęła do budynku UBP w Mławie. Po wejściu do budynku rozpoczęli strzelaninę z zaskoczenia i likwidację wartowników. W czasie służby zostali zamordowani funkc[jonariusze] Oraczewski Stanisław, Eugeniusz Lemański, Zbrzyzny Henryk oraz ciężko raniono Stanisława Chylińskiego. Do wtargnięcia bandy i przygotowania im danych o możliwości obrony Urzędu dopomógł magazynier – zbrojmistrz PUBP Nowakowski, a to w ten sposób, że w tym czasie zarządził czyszczenie broni, sam opuszczając przed tym Urząd. Banda zdołała opanować parter budynku i areszty znajdujące się w piwnicach, z których zostało wypuszczonych około 20 zatrzymanych. Wśród oficerów znajdowało się 3-ch oficerów bandy NSZ „Burzy”, między nimi dowódca oddziału Stanisław Waśniewski, ps. „Orka”, były obszarnik, a w czasie okupacji rządca majątku w Uniszkach Zawadzkich i Gumowskich. Głównym celem operacji bandy było wypuszczenie na wolność aresztowanych, ich przywódców i innych członków bandy przebywających w aresztach.
Wycofując się banda ostrzeliwała budynek Urzędu i obrzuciła granatami, udając się w kierunku ulicy Olsztyńskiej do lasu mławskiego. W akcji pościgowej wzięli udział funkcjonariusze MO i UB oraz żołnierze Armii Czerwonej, w wyniku której został zabity członek bandy Jerzy Mandycz, zam. w Mławie. Po stronie ścigających został ciężko ranny żołnierz Armii Czerwonej, który zmarł w szpitalu w Warszawie”.

W przedstawionym zapisie roi się od nieścisłości, a nawet przekłamań. W meldunku Komendy Powiatowej MO w Mławie do Komendy MO Województwa Warszawskiego w Otwocku z 3 VI 1945 roku, znajdujemy lakoniczną informację:
„Dzisiejszej nocy o godz. 1.00-3.00 dokonano napadu na PUBP w Mławie. Napadu dokonała banda, która rozbiła areszt i wypuściła wszystkich więźniów. Milicja powiatowa i miejska wyruszyła na pomoc. Kilku członków bandy schwytano, 3 ludzi UBP zabito, 1 żołnierza sowieckiego i dwóch żołnierzy polskich. Jeden funkcjonariusz ranny. W całym powiecie zarządzono ostre pogotowie”.

W sprawozdaniu z działalności Powiatowej Rady Narodowej za czerwiec 1945 roku znajdujemy zaledwie mały akapit, dotyczący opisanego wyżej brawurowego wyczynu organizującego się podziemia, a mianowicie, iż „w nocy z dnia 2 na (3) czerwca r.b. dokonany był napad na Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Mławie. Napastnicy zwolnili około 40 osób z aresztu PUB. W wyniku zajścia zginęło 3-ch funkcjonariuszów PUB i żołnierz Armii Czerwonej. Śledztwo w sprawie toczy się”.
Najpełniejszą relację dotyczącą okoliczności związanych z akcją na więzienie w Mławie, jak też z odwrotu partyzantów, pozostawił Konstanty Nachtygal, były członek tajnej organizacji dywersyjnej K.7, założonej przed wybuchem II wojny światowej przez polskie władze na pograniczu polsko – niemieckim, w okresie okupacji niemieckiej żołnierz AK – zaopatrzeniowiec oddziału „Wiktora” – Rudzińskiego, a po jej zakończeniu, od maja 1945 roku żołnierz podziemia niepodległościowego w gminie Szczepkowo Borowe. W 1989 roku Nachtygal ps. „Słowik” złożył następujące oświadczenie:
„Moim dowódcą w WiN-ie był Izydor Bukowski z Dobródki. Nie należałbym do żadnej organizacji, i WiN-u też, gdyby pozwolono mi spokojnie pracować. Pięć dni po zakończeniu wojny przyszli po mnie enkawudyści, ale nie było mnie w domu i dlatego ocalałem. O stosunku nowych władz do mnie świadczy to, że nie otrzymałem ani metra ziemi z parcelacji, gdyż mówiono, że należałem do „pańskiej partii”, czyli AK. Izydor Bukowski był ideowym człowiekiem. Jemu też nie dali żyć. Został aresztowany w pierwszych dniach po wyzwoleniu przez funkcjonariuszy UB z Mławy. Razem z kolegami został przewieziony do Mławy, a wypuszczony przez kolegów z AK: „Arymana” Jana Nowakowskiego i Wacława Grabowskiego „Puszczyka”. Było to w maju 1945 r. [2/3 czerwca 1945 r.]. Oprócz nich brali udział w rozbiciu UB w Mławie „Beton” – Mieczysław Szczepkowski z Rębowa, „Jeż” – Zacheusz Nowowiejski z Zembrzusa i „Sowa” – Jan Radzikowski z Grzebska. Innych nazwisk nie pamiętam. Ja miałem za zadanie skontaktowanie ich oraz obserwowanie ruchu na trasie Mława – Zaborowo. Partyzanci po zakończeniu akcji wrócili wieczorem tego samego dnia. Wiem, że przed napadem byli na Smolarni w Mławie. Ich planom sprzyjało to, że w tym czasie odbywała się zabawa w „Lutni” [dziś gmach Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej oraz Biblioteki Miejskiej, przy ul. 3 Maja w Mławie]. Na zabawie tej było wielu funkcjonariuszy UB i MO. Przed napadem partyzanci zajęli stanowiska w parku miejskim. „Beton”, aby dostać się do Urzędu Bezpieczeństwa pozorował prowadzenie aresztowanych, którymi byli członkowie grupy uderzeniowej. Znali hasło, które brzmiało „Warszawa – Leśna”. Po podaniu hasła funkcjonariusz Urzędu wpuścił ich na teren gmachu. Przy wejściu zabili funkcjonariusza Urzędu. Podobno nikt się nie bronił. Tylko jedną salwę oddano do nich, ale strzelającego uciszono ostrzelaniem z parku. Nie wszyscy aresztowani po ich uwolnieniu chcieli uciekać. Oni wycofali się ul. Leśną do lasu mławskiego, dalej przez Krajewo do Zakrzewa i Zaborowa.
Chciałbym jeszcze wrócić do początku mojej relacji i powiedzieć, jakie wypadki poprzedziły uderzenie na UB w Mławie. Zanim do tego doszło w Dobródce byli aresztowani: Izydor Bukowski „Burza”, Adam Czaplicki „Torpeda”, Witold Pszczólkowski „Wilk”, Stanisław Waśniewski „Bończa”, właściciel majątku ziemskiego Zaborowo, żołnierz AK przed wyzwoleniem. Wtedy, kiedy ich aresztowano nie należeli do żadnej organizacji, gdyż Armia Krajowa została rozwiązana. Aresztowanie to było w tej samej nocy, co aresztowanie na Kolonii Maje u Henryka Majewskiego. Aresztowano tam Stanisława Borzuchowskiego „Niedźwiedzia” z Waśniewa oraz Mirosława Tańskiego z Kwiatkowa w powiecie przasnyskim. Obaj korzystając z nieuwagi funkcjonariuszy uciekli po przerżnięciu przez Majewską sznurów, którymi byli skrępowani. Wszyscy, którzy się tam zgromadzili, nie zamierzali konspirować. Chcieli spokojnie pracować. Niektórzy nie mieli się gdzie podziać np. Waśniewski, gdyż jego dom był zajęty. Tański miał zniszczone gospodarstwo.
Wśród funkcjonariuszy UB był Stanisław Żebrowski z Łączyna oraz Szypulski Antoni z Wieczfni. Oni znali miejsce pobytu byłych partyzantów w Dobródce, gdyż w okresie okupacji niemieckiej ukrywali się tam z akowcami. Kiedy groziło im rozstrzelanie za bandytyzm, wzięto ich do oddziału akowskiego „Wiktora” za poręczeniem Izydora Bukowskiego „Burzy” i Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Szypulski za swoją zdradę został potem zabity przez Tadeusza Piotrkowskiego „Mura” w Wieczfni”.
Oświadczenie Nachtygala uzupełnia relacja Izydora Nowowiejskiego (brata Zacheusza), w której m.in. podaje:
„Gdzieś pod koniec kwietnia 1945 roku w Dobródce, w domu rodzinnym Izydora Bukowskiego zebrało się kilku chłopców, b. akowców w tym celu, aby porozmawiać na temat co ze sobą zrobić w nowych warunkach, gdzie się urządzić. Nagle przyjechali funkcjonariusze UB z Mławy i wszystkich aresztowali, uciekł tylko Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”. Zabrali Izydora Bukowskiego. Wydaje mi się, że te aresztowania były przyczyną odbicia więźniów w Mławie. Kto brał udział w odbiciu więźniów dokładnie nie wiem. Na pewno byli tam: Zacheusz Nowowiejski, Stanisław Borzuchowski i Mietek Szczepkowski, wszystkich było chyba dziesięciu. Ilu więźniów wypuszczono, nie wiem. Po rozbiciu więzienia widziałem się z Izydorem Bukowskim. Ten jak pamiętam mówił ze skargą: „Widzisz jakie człowiek ma życie, prześladują, żyć nie dają, jestem kaleką, co mam robić? [„Burza” był ranny w partyzantce w okresie okupacji niemieckiej w rękę i biodro]. Mietek Szczepkowski, Stanisław Borzuchowski i Adam Czaplicki często bywali u Zacheusza. Myśleli o wyjeździe za granicę. Miał to załatwić „Puszczyk” [Wacław Grabowski], który tam był, ale nie doszło do tego, gdyż sugerowano mu w zamian za przerzut kolegów działalność wywiadowczą. On nie chciał przyjąć tej sugestii i tak wszyscy zostali w kraju […]”.

Warto przytoczyć w tym momencie charakterystyczną relację jednego z uczestników rozbicia więzienia, którym był Jan Kocięcia „Orlik”. W swoim liście z 2 IX 1992 roku napisał:
„[…] spotkanie nas biorących udział w tej akcji odbyło się na uliczce za budynkiem gimnazjum, gdzie przypuszczam rozdzieliliśmy zadania. Z tego miejsca poszliśmy cicho w zarośla parku przed UB. Pamiętam, że dla zmylenia czujności wartowników i podejścia jak najbliżej nich, poszło ulicą dwóch „wartowników” z jednym „aresztowanym” w środku. Jednym z „wartowników” był, jak mi się wydaje „Beton”. Po zbliżeniu się tej trójki do prawdziwych wartowników, rozległy się strzały, wówczas my wybiegliśmy z parku do akcji. Nie pamiętam, czy i gdzie były ubezpieczenia na ulicy. Ja byłem w grupie, która wbiegła do piwnicy dla uwolnienia więźniów. Jeszcze dziś pamiętam rozbicie dwóch kłódek, prawdopodobnie strzałem. Nie pamiętam czy i jakie było ubezpieczenie przed piętrami (powyżej parteru). Z budynku UB wybiegliśmy wąską uliczką obok UB (dzisiaj jej nie ma). Po jej drugiej stronie był budynek NKWD, w stronę którego oddaliśmy kilka strzałów. Uliczką tą pobiegliśmy w stronę tzw. Syndykatu i dalej na Mławę. Ostatni raz widzieliśmy się z grupą pod jakimś dębem, skąd my z bratem [Stefan Witold Kocięcki „Miriam”] poszliśmy różnymi drogami do Windyk, gdzie nasza matka miała twierdzić na wypadek, gdyby o nas pytali ubowcy, że w nocy byliśmy u niej, skąd następnego dnia rano poszliśmy różnymi drogami do Mławy, gdzie mieszkaliśmy u żony naszego wuja Pawła Rachockiego „Juranda”.[…]”.

Jak podaje Sławomir Rachocki, syn Pawła Rachockiego długoletniego komendanta Obwodu mławskiego AK, broń do akcji na UB oraz materiały wybuchowe były przechowywane w mieszkaniu Rachockich. Należy podkreślić, że podczas rozbicia więzienia niektórzy z aresztowanych osadzeni tam za przestępstwa kryminalne, nie chcieli uciekać z politycznymi, zaś inni więźniowie, którzy tego chcieli, nie mogli opuścić cel o własnych siłach, tak byli pobici podczas śledztwa. M.in. należał do nich Aleksander Hausman, o którym Antonina Dworakowska napisała:
„Podczas rozbicia mławskiego UB Stanisław Borzuchowski wyniósł Aleksandra Hausmana na ramionach, gdyż Olek nie mógł uciekać na własnych nogach. Miał rozbite pięty”.

Po rozbiciu więzienia aresztowani (byli żołnierze AK) rozbiegli się po szerokim świecie. Najwięcej z nich „zamelinowało” się pod innymi nazwiskami w olsztyńskim. Jako ciekawostkę warto podać, że kilkunastu z nich po opuszczeniu gmachu UB, zorganizowaną dla nich furmanką z parą koni, zakupioną za alkohol od Rosjan, dojechało do Olsztyna. Tam ów środek transportu zabrali im inni żołnierze sowieccy. Uciekający przedostali się do Morąga, gdzie zatrzymali się w mieszkaniu Józefy Wiwart pod adresem Ogrodowa 2. Aby żyć zorganizowali bar „Zacisze” (ul. Wyzwolenia 14). Stopniowo potem odchodzili i urządzali sobie życie tak, jak to było możliwe. Wielu z nich doszło do wniosku, że nie uda im się spokojnie żyć i pracować przy działaniu opresyjnych służb sowieckich i polskich. W rezultacie wybrali ponownie konspirację, wiążąc się z siatką Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

W akcji na UB w Mławie brało udział kilkudziesięciu byłych Żołnierzy AK. Część z nich z północy powiatu zorganizował i przyprowadził Zacheusz Nowowiejski. Byli to: Bronisław Szymanowicz, Henryk Humięcki „Ordynans”, Jan Brzozowski, Wincenty Mroziński, Tadeusz Chodkowski „Kartacz”, Franciszek Adamkiewicz „Piorun”, Bogdan Kossak, Czesław Bojarski, Eugeniusz Nałęcz, Stefan Budziszewski, Jan Łowicki, Edmund Morawski „Lipa”, Janusz Piotrowski, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Leon Moszczyński, Jan Radzikowski, Stefan Rudziński „Wiktor” i Jan Skierski „Czujny”.
Do drugiej grupy, którą zorganizowali Wacław Grabowski „Puszczyk” i Jan Nowakowski „Aryman” należeli: Antoni Tomczak „Malutki”, Kazimierz Żmijewski „Jan”, Lucjan Krępski „Rekin”, Henryk Barwiński „August”, Władysław Barwiński „Sowa”, Feliks Gutkowski „Gutek”, Piotr Grzybowski „Jastrząb”, Jan Kocięcia „Orlik”. Z Mławy brali udział w akcji Jerzy Mandyć, Jan Chudy oraz Antoni Dzienis.
Podczas akcji zginął Jerzy Mandyć, który popełnił samobójstwo otoczony przez żołnierzy sowieckich w ogrodzie nauczyciela Stanisława Anyszki, przy ul. Olsztyńskiej. Zabity został także czternastoletni uczeń gimnazjum ze Szreńska, mieszkający na stancji u państwa Zofii i Stanisława Anyszków. Na okres 3-ch tygodni aresztowano i osadzono w więzieniu UB właścicieli domu, ich córkę Irenę, oraz mieszkających tam na stancji uczniów Liceum im. St. Wyspiańskiego w Mławie Zygmunta Młodkowskiego, Wacława Szulca i Jerzego Wierzbowskiego. Wkrótce potem aresztowano A. Szulcową zamieszkałą w domu Anyszków. Sprawę tę podniesiono na posiedzeniu Powiatowej Rady Narodowej. W protokole znajdujemy następujący zapis:
„Radny Żugaj [Józef] zabrał głos i wystąpił z wnioskiem, aby w celu zwolnienia rodzin Szulcowej i Anyszków aresztowanych w związku z zajściem, jakie miało miejsce w nocy z 2 na 3 VI r.b. udała się delegacja Rady do Urzędu Bezpieczeństwa z interwencją. Wniosek ten po dłuższej dyskusji przyjęto”.
Aresztowania, jakie miały miejsce po wyżej opisanej akcji dotknęły także Jana Nowakowskiego „Arymana”, w okresie okupacji niemieckiej szefa Kedywu Obwodu Mławskiego AK. Został on osadzony w więzieniu UB w Działdowie. Z uwagi na pełnioną funkcję oraz dużą wiedzę o konspiracji, wśród kolegów aresztowanego zapadła decyzja o jego odbiciu. Do realizacji tego planu nie doszło, gdyż „Arymana” wywieziono do innego więzienia.

Akcja rozbicia więzienia UB w Mławie odbiła się szerokim echem na Mazowszu, będąc dla podziemia pokrzepieniem, zaś dla funkcjonariuszy UB i MO przestrogą. Warto podkreślić, ze w akcji pościgowej poza funkcjonariuszami SB i MO brali także udział żołnierze sowieccy miejscowego garnizonu.
Po tych wydarzeniach por. Zacheusz Nowowiejski „Jeż” rozlokował swoich ludzi w terenie, a sam wyjechał w okolice Nidzicy i pod zmienionym nazwiskiem, jako Marian Smoliński, podjął pracę w PGR, na stanowisku kierownika gorzelni.
Po wielu latach od opisywanych wydarzeń próbował je odtworzyć i opisać Władysław Śniadowski w artykule zatytułowanym publicystycznie „Noc tańca i śmierci”, zamieszczonym w czasopiśmie resortowym „W Służbie Narodu”. Autor dokonuje rekonstrukcji wydarzeń, jakie miały miejsce w nocy z 2/3 czerwca 1945 roku w gmachu UB w Mławie. Trzeba podkreślić, że jego tekst podrasowany literacką fantazją, w wielu miejscach przekłamany, dostarcza jednak wielu szczegółów, które pozwalają uzupełnić opis wydarzeń, jaki podawali uczestnicy akcji oraz świadkowie.
Do daleko idących uproszczeń, czy też fantazji piszącego, należy zaliczyć rozbieżności między „Puszczykiem” a „Jeżem”. Ten ostami był niewątpliwie dowódcą akcji jako wyszkolony oficer rezerwy jeszcze przed wybuchem wojny, a ponadto posiadający doświadczenie partyzanckie z lat wojny oraz wielki autorytet w miejscowym podziemiu. „Puszczyk” natomiast, to młody, ofiarny i pełen inicjatyw człowiek, który jednak nie mógł przeciwstawiać się „Jeżowi”, czy też być w stosunku do niego arogancki, jak to przedstawił w swoim artykule Śniadowski.
Nie odbiegają natomiast od rzeczywistości ustalenia autora co do tego, że „chłopcy z lasu” mieli świetnie rozpracowany przedmiot operacji, jak też zainspirowali zabawę strażacką (w gmachu „Lutni”), która odciągnęła z budynku część funkcjonariuszy UB, znali także hasło obowiązujące strażników w tym dniu, jak też świetnie przygotowali odwrót. Nie jest natomiast ścisłe twierdzenie, że wśród atakujących był Paweł Nowakowski „Łysy”. Na początku czerwca 1945 roku „Jeż” należał, jak to wyżej pisaliśmy do Samoobrony Społecznej, a „Łysy” jeszcze czekał, jeszcze obserwował co się dzieje, nie był związany z żadną z ówczesnych organizacji. Stał się jednym z głównych przywódców ROAK dopiero w 1946 roku.
Opisane wydarzenia spowodowały różnorakie skutki po obu stronach barykady. Pierwszą reakcją była satysfakcja krzywdzonych i poniżonych, wyrażana stwierdzeniem: „A dobrze im, utarli im wreszcie nosa”.
Wśród wielu tych, którzy związali się z „władzą ludową”, w szczególności zaś pośród członków PPR, pojawiły się elementy paniki, które natężały się w miarę, jak zaczęły przenikać wiadomości o napadach zidentyfikowanych lub niezidentyfikowanych grup podziemnych na funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, aktywistów partyjnych (PPR), donosicieli lub zbyt gorliwych urzędników władz administracyjnych.
„Krajobraz po pierwszej bitwie” w ciekawy sposób ujął Stanisław Męzik, funkcjonariusz UB, który wrócił z kursu w Łodzi w sierpniu 1945 roku. Napisał on m.in.:
„Ludzie przyjęli napad bardzo dobrze, gdyż nie lubili Urzędu Bezpieczeństwa i dlatego cieszyli się, że Urząd dostał po nosie. Z więzienia UB zostało wypuszczonych około 30 ludzi. Wśród nich był por. Aleksander Hausman. Innych nazwisk nie znam. Po napadzie było wiele aresztowań. Aresztowany został m.in. Włodzimierz Rakowski, z zawodu fryzjer oraz prof. Stanisław Anyszko. Oni nie należeli do podziemia. Aresztowania były na ślepo. […]. Po napadzie wielu aktywistów partyjnych uciekło z Mławy, gdyż się bali. Przede wszystkim wyjechała kolonia żydowska (chyba 200 osób). Żydzi mieszkali wówczas przy ul. Długiej…. Wiem, że uciekli: Rawa (Rosenberg) i jego siostra Rosenbergowa. Uciekła również Rokicka, szefowa Związku Walki Młodych w powiecie”.

OTWARTA WALKA

Stopniowo z mławskiego regionu uciekli także ludzie podziemia. Należeli do nich na ogół ci, którzy w okresie okupacji niemieckiej pełnili znaczące funkcje w miejscowej organizacji AK. Stosunkowo szybko opuścili region mławski Paweł Rachocki „Rymsza”, „Jurand”, „Lech” – komendant Obwodu AK, Bolesław Kościanowski „Otto” – szef Oddziału Wojskowego, Władysław Rabkiewicz „Sławicz”, „Felek”, „Janusz”, „Chłopak” – szef wywiadu, inż. Ryszard Bagiński – szef kontrwywiadu, Stefan Rudziński „Wiktor” dowódca oddziału partyzanckiego, Jan Nowakowski „Aryman” – szef Kedywu, Edward Szypulski – szef Wydziału Wojskowego w placówce miejscowej AK, Tadeusz Rybicki „Jola” – pracownik „dwójki”, Jan Bojarski pracownik „dwójki”, Mieczysław Szczepkowski „Beton” – żołnierz oddziału partyzanckiego, Janusz Piotrkowski żołnierz oddziału partyzanckiego „Wiktora”, Franciszek Brzozowski – nauczyciel, żołnierz AK, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź” – żołnierz oddziału partyzanckiego oraz komendant placówki Szczepkowo, Jan Barański „Robak”, „Skowron”, „Bazik” – szef łączności Obwodu Mławskiego, Aleksander Koronowski „Alek” – szef Oddziału Organizacyjnego placówki Mława, Jan Przybysz „Tomek” – komendant placówki „Dębsk” (Szydłowo), Halina Szczepańska – Galińska – łączniczka Obwodu, Witold Mutrynowski – pracownik wywiadu i wielu, wielu innych.
Z wybitniejszych żołnierzy podziemia pozostali na Ziemi Mławskiej lub na jej obrzeżach Paweł Nowakowski „Łysy”, Wacław Grabowski „Puszczyk”, Izydor Bukowski „Burza” oraz Zacheusz Nowowiejski „Jeż”. Na ich decyzje miały wpływ uwarunkowania rodzinne, jak też chyba nadzieja, że „jakoś się rzeczy ułożą, może ta władza zmądrzeje, wszak nie działaliśmy przeciwko Polsce, walczyliśmy przecież przez kilka lat jej suwerenność”. (relacja Pawła Nowakowskiego).
Ostatni z wymienionych – „Jeż”, jak wyżej podaliśmy, po zamelinowaniu swoich chłopców, biorących udział w rozbiciu mławskiego UB, zatrzymał się na pograniczu powiatu mławskiego i nidzickiego. Chciał spokojnie pracować. Jak napisał ks. Michał Grzybowski, autor jego szkicu biograficznego:
„Zacheusz Nowowiejski był przeciwnikiem walki, która przybierała coraz bardziej charakter bratobójczy. Unikał starć, aby nie narażać życia młodych Polaków tak z jednej, jak z drugiej strony. Po powstaniu i ukształtowaniu się Rządu Jedności Narodowej, który został uznany przez państwa zachodnie, ukrywający się AK-owcy i żołnierze innych ugrupowań byli przekonani, że znaleźli się w beznadziejnej sytuacji. Powstała nawet myśl o podjęciu próby przejścia całego oddziału na Zachód. Plan był trudny do zrealizowania ze względu na znaczne nasycenie terenu pracownikami UB i konfidentami, wkrótce z niego zrezygnowano”.

Potwierdzeniem takiej postawy „Jeża” jest m.in. „Kronika MO i SB” powiatu mławskiego, w której brak informacji mówiącej o jakichś atakach przemocy w powiecie mławskim ze strony Nowowiejskiego i podległych mu żołnierzy podziemia. Według dostępnych źródeł, jak już wyżej podano, „Jeż” nie chciał walczyć ani zabijać, chciał spokojnie żyć, na co nowa władza mu nie zezwoliła. Wieści o akcji żołnierzy podziemia niepodległościowego szybko rozchodziły się wśród mieszkańców Mazowsza. UB zrozumiał po raz kolejny, że ma do czynienia z dowódcą o nieprzeciętnych zdolnościach i umiejętnościach.
Warto przytoczyć w tym miejscu relację Janiny Grędzińskiej, która dobrze znała Nowowiejskiego i miała z nim kontakty zarówno w okresie okupacji niemieckiej, jak też po jej zakończeniu:
„Sytuacja okupacyjna nie dawała wyboru w metodach walki. Trzeba było zabić, aby umożliwić życie innym ludziom. Ciężkim przeżyciem dla Zacheusza Nowowiejskiego była śmierć kolegów w szeregach partyzanckich i śmierć ludności cywilnej, ale najciężej przeżywał śmierć Polaków, którzy ginęli od polskiej kuli. Dręczyło go pytanie, czy naprawdę musiał umrzeć. Bardzo dbał o życie ludzi i nigdy nie narażał życia kolegów. […] Zacheusz Nowowiejski marzył o normalnym życiu, o pracy, o szkolnictwie, był przecież nauczycielem i nauczanie było mu bliskie.[…] Ściganie b. partyzantów przez NKWD i UB i przez miejscowe władze: najazdy, rewizje, aresztowanie, deportacje, atmosfera zagrożenia spowodowały, że Zacheusz ponownie poszedł „do lasu” i zaczął konspirować, chwycił za broń. Zacheusz Nowowiejski wierzył, że nowo organizujący się w Polsce ustrój, jest ustrojem tymczasowym, przejściowym, że musi się skończyć”.
Autorka relacji zapytana, czy Nowowiejskiemu bliższe były poglądy romantyków, czy pozytywistów, napisała:
„Moim zdaniem bliższe mu były poglądy pozytywistów. Jego celem jako żołnierza podziemia nie było „paść na szczycie”, lecz ocalić życie swoje i innych. Nie był marzycielem, który dąży do sławy, lecz realistą, któremu przyświeca ideał utylitarny pracy dla społeczeństwa. Kochał ludzi bardziej niż nienawidził wrogów. Był realistą. […] Przytoczę dwie wypowiedzi Zacheusza Nowowiejskiego, które moim zdaniem ilustrują pewne rysy jego charakteru. W rozmowie spytałam go: „dlaczego Pan nie oddali się stąd, nie zmieni swojego zamieszkania? Odpowiedział: a koledzy, co z nimi? Innym razem mówiliśmy o błędach, które popełniały ówczesne władze. Spytałam: gdyby Panu powierzono tekę ministra oświaty, co by Pan zmienił? Ku mojemu zdziwieniu odpowiedział: nie przyjąłbym, rządzić jest bardzo trudno”.

Przytoczone poglądy określały jego działania. Jego marzenia o spokojnej pracy były przerywane przez funkcjonariuszy UB. Z tych względów przestał pracować w Sławce Małej w powiecie nidzickim, gdzie przez pewien czas był kierownikiem gorzelni, potem krótko pracował jako nauczyciel w pobliżu Grudziądza, ale tam również został „namierzony” przez UB. Wrócił wtedy w strony ojczyste i pędził życie „kryjaka”. Często bywał w domu aby pomagać rodzicom. Wtedy, kiedy zjawiał się w domu, pilnowała go cała wieś, aby znienacka nie porwali go funkcjonariusze UB. Zacheusz Nowowiejski był szanowany i lubiany w swoim środowisku. Uważano go za bohatera.
W powiecie mławskim tylko nieliczni skorzystali z amnestii. Wśród nich nie było Zacheusza Nowowiejskiego. „Jeż” na krótki czas musiał zniknąć, na lewych papierach zaszył się w okolicach Nidzicy. W związku z zaistniałą sytuacją 2 IX 1945 roku Samoobrona Społeczna została włączona do powstałej organizacji Wolność i Niezawisłość [WiN]. 1 listopada 1945 roku został aresztowany w Przasnyszu Ryszard Żbikowski „Kalina”, „Klon”, komendant Ośrodka Samoobrony nr 3. Otrzymawszy wiadomość o aresztowaniu przyjaciela, „Jeż” powrócił w teren i przejął po nim dowództwo Ośrodka. Wrócił, by znowu dawać się we znaki „resorciakom”, jak miejscowa ludność nazywała funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa.

Informacja o jego powrocie dotarła do Powiatowego Urzędu BP w Przasnyszu, gdzie zapadła decyzja schwytania „Jeża” w jego mateczniku, tj. we wsi Zembrzus. Zanim wyruszyła do wsi ekspedycja funkcjonariuszy UB, „Jeż” otrzymał wiadomość o jej wyjeździe. Następstwem tej informacji było zorganizowanie przez niego zasadzki w okolicy leśniczówki Jarzynny Kierz. Kiedy samochód z ekspedycją karną znalazł się w polu rażenia broni maszynowej, partyzanci „Jeża” otworzyli ogień do kół samochodu, którym jechali funkcjonariusze. Przedziurawione opony uniemożliwiły im kontynuowanie misji. Wyszli wtedy z samochodu zaskoczeni, z rękami w geście poddania. Następnie na wezwanie „Jeża” złożyli broń. „Jeż” w takich wypadkach wygłaszał krótkie przemówienia. Uczynił tak i tym razem. Oświadczył, że nie chce bratobójczych walk, skonfiskował broń i puścił wolno UB-owców, chociaż niektórzy jego żołnierze byli temu przeciwni.
W grudniu 1945 roku na rozkaz „Jeża” pododdział dowodzony przez Edmunda Morawskiego ps. „Lipa” uwolnił z aresztu milicyjnego w Chorzelach 14 aresztowanych, bez strat własnych. Wiosną 1946 roku „Jeż” ponownie zorganizował zasadzkę na grupę operacyjną PUBP i MO z Przasnysza. Zasadzkę poprzedził telefon informujący, że posterunek MO w Chorzelach jest oblegany przez bandytów z podziemia. Podstęp się udał, gdyż grupa operacyjna wyjechała z odsieczą w kierunku Chorzel. Kiedy samochody funkcjonariuszy znalazły się w lesie rembielińskim na wysokości stanowisk partyzantów, otrzymały jak w czasie zasadzki w Jarzynnym Krzu, silny ogień po oponach, który unieruchomił samochody karnej ekspedycji. Funkcjonariusze na rozkaz „Jeża” oddali broń. Następnie wprowadzono ich do lasu i rozebrano do bielizny i tak „pohańbionych” uwolniono, z tym, że jeńcy musieli wysłuchać przemówienia dowódcy oddziału partyzanckiego, który mówił im, że służą Rosji Sowieckiej, a nie wolnej Polsce.

W kwietniu 1946 roku „Jeż” ponownie w pobliżu leśniczówki Jarzynny Kierz dokonał kolejnej zasadzki i uwolnił z rąk funkcjonariuszy UB kilku aresztowanych z okolic Janowa, którzy byli transportowani do Przasnysza.
W maju 1946 roku zlecił Henrykowi Humięckiemu ps. „Ordynans”, żołnierzowi swojego oddziału, mieszkającemu w Krzynowłodze Małej, odbicie z więzienia Edmunda Morawskiego ps. „Lipa”, „Jarzębina” (dowódcy akcji na areszt MO w Chorzelach), który przebywał w więzieniu UB w Przasnyszu i był torturowany. W związku z tym, że poparzono mu i pokaleczono nogi, przywieziono go do miejscowego szpitala. „Jeż” uznał, że jest to właściwy moment do odbicia „Jarzębiny”, pomimo, że był on pod strażą dwóch funkcjonariuszy UB. Organizując akcję, nawiązał kontakt z siostrą szarytką, która pracowała w miejscowym szpitalu. Do zadań jej należało pozostawienie otwartego okna w łazience i doprowadzenie tam Morawskiego.
W akcji tej, która zakończyła się sukcesem, oprócz dowódcy – por. „Jeża”, poza Henrykiem Humięckim brali udział: Józef Olkowski „Puk”, Henryk Krajewski „Szary” oraz Wacław Masalski „Śmiały”, byli żołnierze AK. Późniejsze losy Krajewskiego i Masalskiego są kolejnym przykładem, jak ówczesne władze szanowały swoje przyrzeczenia dotyczące amnestii. Zarówno Masalski, jak i Krajewski po ujawnieniu się zostali aresztowani, torturowani oraz otrzymali długoletnie kary więzienia.
Interesującym uzupełnieniem opisanej wyżej akcji oraz losów Zacheusza Nowowiejskiego, jest oświadczenie, jakie złożył Kazimierz Chrzanowski w 1994 roku:
„Po odbiciu ze szpitala Edmund Morawski został przywieziony do mnie do Duczymina (w maju 1946 roku). Byłem w tym czasie sekretarzem Zarządu Gminnego w Duczyminie. Rany na jego stopach były nie zagojone, a kości wystawały z ran. Stan jego nóg (stóp) wymagał natychmiastowej pomocy. Przywiozłem wtedy do rzekomo chorej żony lekarza Wacława Bendowskiego z Chorzel. Gdy zobaczył kogo ma leczyć, zdenerwował się, ale o nic nie pytał. Receptę napisał na moje nazwisko. Leki te zmniejszyły ból i nastąpiło gojenie ran. Morawski ukrywał się w naszym mieszkaniu około dwóch tygodni, potem ze względu na nasze bezpieczeństwo, wywiozłem go do rodziców do wsi Brzuzy Płockie. Opowiadał mi, że przez cały czas aresztowania przetrzymywany był w małej komórce. Był tak wyczerpany przesłuchaniami i biciem, że znajdował się w stanie krytycznym pod względem fizycznym i psychicznym. Pewnego dnia usłyszał pod drzwiami komórki słowa szefa UB Tramsa, że od Morawskiego już się nic nie dowiemy i że czas skończyć z tą padliną. Po kilkunastu minutach przyszedł funkcjonariusz UB celem zabrania go z komórki. Powiedział mi, że zdawał sobie sprawę, że czeka go śmierć i zażądał widzenia z szefem UB. Uważał, że jedyną szansą uratowania życia jest deklaracja powiedzenia wszystkiego, co wie o członkach organizacji i miejscu przechowywania broni. Obecny stan zdrowia, żeby mógł to wszystko powiedzieć, wymagał leczenia. Miał nadzieję, że jeżeli jego propozycja zostanie spełniona i zostanie przewieziony do szpitala, to Zacheusz Nowowiejski zorganizuje jego odbicie, podobnie jak wielokrotnie organizował odbicie innych członków organizacji. Szef UB Trams przyjął jego propozycję i pod strażą funkcjonariuszy UB, został umieszczony w miejscowym szpitalu. Zacheusz Nowowiejski nie zawiódł go i został odbity.
Po zabójstwie Zacheusza Nowowiejskiego i po uchwaleniu amnestii, w dniu 18 kwietnia 1947 roku kilkunastu członków naszej organizacji w tym ja i Edmund Morawski zgłosiło się do UB w Przasnyszu celem ujawnienia się. Przesłuchania do protokołu trwały do rana 19 kwietnia 1947 roku (najdłużej E. Morawskiego). Po zakończeniu przesłuchań, szef UB Trams zorganizował posiłek w restauracji. W czasie posiłku Trams powiedział do E. Morawskiego, że udało mu się wykiwać UB. Dodał, że gdyby tego nie zrobił, to dziś na pewno nie byłoby go wśród nas.
Na koniec nadmieniam, że Zacheusz Nowowiejski w drugiej połowie listopada 1946 roku (daty dokładnie nie pamiętam) nocował w naszym mieszkaniu w Duczyminie. Było to moje ostatnie z nim spotkanie. (W niedługim czasie został zabity). W rozmowie ze mną powiedział, że wraca z narady zorganizowanej w powiecie ostrołęckim, na której zostały przekazane dyspozycje ujawnienia się po uchwaleniu amnestii. Uznano prowadzenie dalszej walki za bezcelowe.”
Oddział „Jeża” jeszcze wielokrotnie ratował z opałów ludzi aresztowanych, przewożonych w pobliżu Janowa. UB nie wyprawiał się w okolice Janowa i Zembrzusa mniejszym oddziałem niż pluton. Jak ognia bali się okolic Jarzynnego Krzaka, gdzie ni stąd, ni zowąd pojawiali się partyzanci „Jeża”.

„JUŻ ZACHEUSZ NIKOGO NIE UWOLNI…”

Na „Jeża” organizowano obławy, szczególnie w jego rodzinnej wsi i w domu rodziców. Funkcjonariusze UB byli bezwzględni. Matka „Jeża” musiała znieść wiele udręk fizycznych i psychicznych od pracowników bezpieki, ordynarnych, popisujących się swoją władzą i plugawym słownictwem. Niemal po każdej takiej wizycie, młodszy brat „Jeża” był aresztowany i bez wyroku przetrzymywany w areszcie UB w Przasnyszu. Bezustanne tropienie „Jeża” musiało w końcu przynieść pożądany dla ubeków rezultat. Dużą rolę odegrali zwerbowani przez UB konfidenci. Do aresztowań członków AK przyczyniali się tacy kapusie, jak np. Antoni Szypulski, Stanisław Zebrowski „Zając”.

6 grudnia 1946 r. oddział funkcjonariuszy UB z Przasnysza na czele z por. Madziarem, silnie wzmocniony przez doborową jednostkę – pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich pod dowództwem kpt. (rtm.) Mieczysława Radaja – dokonał obławy na rodzinną wieś „Jeża” – Zembrzus. Przeciwko jednemu partyzantowi skierowano kilkadziesiąt uzbrojonych po zęby osób. Dowódcą pułku był gen. Siergiejew, sowiecki oficer, który w drugiej połowie 1944 r., jeszcze w stopniu kapitana, prowadził rozmowy z „Jeżem”. Zacheusz nie poddał się. Próbował ucieczki w kierunku bagien. Zawsze mówił, że nie da się wziąć żywy. Kapitan Radaj oparł karabin o płot i strzelał do uciekającego partyzanta. Ranny „Jeż”, będąc bez szans na przebicie się przez obławę, przyłożył pistolet do głowy i ostatni strzał przeznaczył dla siebie.
Brat Zacheusza Nowowiejskiego – Izydor, w następujący sposób opisał okoliczności jego śmierci:
„„Jeż” został napadnięty i zamordowany 6 grudnia 1946 roku w swoim rodzinnym domu. W dniu tym z ojcem w stodole czyścił żyto. Około godz. 12.00 na podwórku pojawiło się ośmiu ułanów w mundurach LWP. W dniu tym była obfita mgła. „Jeż” próbował opuścić stodołę, został jednak zauważony przez jednego z prześladowców, który za nim popędził, prawdopodobnie dogonił i zamordował. Widoczne były ślady na twarzy denata. W tym czasie wieś była otoczona przez 34 kawalerzystów, wyposażonych w broń maszynową i tabory. Ciało tragicznie zmarłego zostało w najgłębszej tajemnicy przed ludnością zembrzuską wywiezione. Pokazano je dopiero pracownikom gminy Dzierzgowo, wśród których był kolega szkolny „Jeża”.”

Ciało „Jeża” ubecy przewieźli do UBP w Przasnyszu. Następnego dnia aresztowano rodziców zmarłego i jego sąsiadów. Przetrzymywani byli w areszcie przez kilka dni, a następnie przedstawiono im zwłoki zmarłego, celem stwierdzenia tożsamości. Jego zwłok nie zwrócono. Nie ma on własnego grobu. Na złożoną prośbę do prezydenta Bieruta w sprawie oddania zwłok „Jeża”, odpowiedź brzmiała: „Ze względu na możliwości manifestacji pogrzebowych i konieczność zachowania spokoju, nie jest wskazane oddanie zwłok”.
Ryszard Żbikowski „Skiba” tak zapamiętał ostatnie spotkanie z por. Zacheuszem Nowowiejskim:
„Było to w grudniu 1946 r. Siedziałem wtedy w areszcie śledczym w Urzędzie Bezpieczeństwa przy ul. Joselewicza [w Przasnyszu]. W porze obiadowej wywołali mnie z celi i doprowadzili do garażu znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Garaż ten, przyległy do kamienicy Maćkowskich i stanowiący ich własność, zajmowali ubecy. Kiedy otworzyli szerokie drzwi, ujrzałem w głębi na betonowej posadzce zwłoki człowieka z widocznym postrzałem twarzy. Zdrętwiałem na moment rozpoznawszy w nim Zacheusza. Zapytano mnie, czy go znam, a ściślej, czy znam tego bandytę? Odpowiedziałem, że nie znam. Tak się wtedy odpowiadało, ale po spodniach, pasku, kształcie całej postaci, a nawet twarzy – choć zniekształconej postrzałem – rozpoznałem Zacheusza Nowowiejskiego od pierwszego momentu, od pierwszego objęcia wzrokiem postaci leżącej martwo na podłodze. Po niedługiej chwili odprowadzili mnie do celi, gdzie po jakimś czasie doszedłem do siebie i uświadomiłem równocześnie, że to już koniec, że Zacheusz już nas nie uwolni, a tą nadzieją żyliśmy. On jeden mógł tego dokonać.”

Rodzicom odmówiono chrześcijańskiego pochówku syna, wydania zwłok. Nie pomogły pisma do prezydenta Bieruta. Zdjęcia pośmiertne Zacheusza rodzina Nowowiejskich uzyskała nielegalnie od fotografa z Przasnysza współpracującego z AK. W domu Nowowiejskich trwały bezustanne rewizje przeprowadzane przez aparat bezpieki. Brat Zacheusza Henryk, często trafiał na wiele tygodni do aresztu. W maju 1948 r. w poszukiwaniu broni rozebrano do fundamentów budynki gospodarcze. W PRL rodzina Nowowiejskich traktowana była przez komunistów jako rodzina bandycka. Do 1957 r. pozbawiona była np. prawa do głosowania i innych praw obywatelskich.

Śmierć „Jeża” stała się przyczyną powstania dwóch legend: białej i czarnej. Pierwszą z nich stworzył on sam swoim pięknym życiem nauczyciela, żołnierza Września oraz konspiracji antyniemieckiej i antykomunistycznej, człowieka szlachetnego, który nie zawodził swoich przyjaciół. Legenda ta przetrwała wśród miejscowego społeczeństwa lata oficjalnej niepamięci, bądź też jej zohydzania przez propagandę komunistyczną.
Czarną legendę o nim stworzyli piszący na zamówienie ówczesnych władz, jak też niektórzy nauczyciele wykładający historię. Ta zafałszowana historia była niestety wtłaczana do świadomości uczniów szkół średnich oraz studentów. Przygnębiającym przykładem takiej indoktrynacji są wypracowania na ten temat „zadawane” uczniom Liceum Ogólnokształcącego w Przasnyszu, stolicy Ziemi, gdzie nasz Bohater pozostawił niekwestionowany dorobek w zakresie patriotycznej służby narodowej.

Na zakończenie opisu losów „Jeża”, warto – pomni przesłania Z. Herberta o potrzebie ścisłości – przypomnieć nazwiska niektórych żołnierzy i współpracowników jego oddziału, z których wielu zapłaciło bardzo wysoką cenę za swój patriotyzm, poświęcenie i oddanie sprawie niepodległości Ojczyzny. Byli to m.in.: Henryk Humiecki „Ordynans”, Józef Olkowski „Puk”, Henryk Krajewski „Szary”, Wacław Masalski „Śmiały”, Edmund Morawski „Lord”, Mirosław Krajewski „Wiesiek”, Zygmunt Tański „Bursztyn”, Tadeusz Moszczyński „Feliks”, Jan Woźniak „Dąb”, Wincenty Łazicki „Brzózka”, Jan Sobierajski „Hrabia”.
Do żołnierzy ROAK, którymi dysponował w razie potrzeby Zacheusz Nowowiejski, należeli: Czesław Stefański, Dominik Szempliński „Hipek”, Stefan Kosiński „Kruk”, Kazimierz Bartnikowski, Wincenty i Henryk Popielarscy, Witold Ciesielski, wszyscy z Dzierzgowa, Mirosław Tański z Kwiatkowa, Alfred Morawski ze wsi Czarzaste Błotki oraz Stanisław Konstanty, Andrzej i Ignacy Sztrajbowie z Szumska.
Spośród wymienionych dowódcami patroli byli: Edmund Morawski oraz Zygmunt Tański. Latem 1946 roku zostali aresztowani i skazani na długoletnie więzienie: Jan Woźniak, Zygmunt Tański i Wincenty Łazicki.
Zaopatrzeniowcem, skarbnikiem i gospodarzem oddziału „Jeża” był Zdzisław Sobierajski „Czesław”.
Oddział por. Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża” korzystał z kwater u Walentego Pszczółkowskiego w Krajewku, Haliny i Zofii Kołakowskich także w Krajewku, Stanisława Krajewskiego w Trzaskach, Stanisława Kownackiego w Połciach, Jana Moszczyńskiego i Zenona Borowych, Stanisława Czarneckiego w Skrodach, Jana Bukowskiego w Giewartach, Henryka Gostkowskiego w Zakrzewie, Henryka i Stanisława Olszewskich w Chmielewku i Majewskich w Waśniewie – Grabowo.
Cześć Ich Pamięci !!!

Jez08

Źródło: podziemiezbrojne.blox.pl

Powyższy tekst powstał w oparciu o artykuł Dariusza Jarosińskiego pt. Zabić „Jeża”, który ukazał się pierwotnie w „Niezależnej Gazecie Polskiej” Nr 10 (32)/2008 oraz na podstawie książki Ryszarda Juszkiewicza, Ziemia Mławska w latach 1945-1953. Walka o wolność i suwerenność, Mława 2002. Drobne uzupełnienia pochodzą z artykułu Aleksandry Piaseckiej, zamieszczonego na stronie Gminy Janowo. Artykuły D. Jarosińskiego i A. Piaseckiej powstały na podstawie publikacji ks. Michała Grzybowskiego, Ta Ziemia o Nim Pamięta. Zacheusz Nowowiejski »Jeż« 1915-1946, Płock 1993.

Przy powstaniu tekstu wykorzystano również:
Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, red. Rafał Wnuk, Sławomir Poleszak, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Warszawa – Lublin 2007,
Świercz Stanisław, Ostatnim partyzantom Ziemi Mławskiej, Mława 2006,
Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku, Warszawa 2002.

Wydawca oraz Redaktor portalu MlawaInfo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karna lub cywilna

Brak komentarzy