Wykształciuchy (na castingu) do Urzędu Pracy...

Długa kolejka osób, wielogodzinne wyczekiwanie, nerwowe zerkanie na zegarek – to nie scena z filmu o rzeczywistości w PRL-u, ale rozmowa kwalifikacyjna w urzędzie pracy na stanowiska biurowe w jednej z firm z branży elektronicznej.

Oczywiście zadbano, aby każdy został poinformowany o terminie spotkania i stawił się punktualnie. To nic, że opóźnienie dla konkretnych osób wynosiło około dwóch godzin – swoje trzeba odstać albo raczej już odsiedzieć. Przy okazji można przeprowadzić sympatyczną pogawędkę na poziomie, gdyż zgodnie z wymogami, wszystkie osoby „zaproszone” posiadały doplomik ukończenia studiów, ponadto niektóre władały językiem angielskim oraz potrafiły śmiało poruszać się w wirtualnym świecie programów komputerowych. Jakby tego nie nazwał, oczekiwanie na korytarzu przerodziło się niemal w spotkanie integracyjne bezrobotnych. Można było wymienić poglądy, podzielić się bogatymi doświadczeniami z poszukiwań etatu na mławskim rynku pracy, a nawet odświeżyć znajomości ze szkoły średniej. No cóż, niejeden pewnie już te fakty uznałby za satysfakcję, jednak wszystkich czekała jeszcze wstępna rozmowa kwalifikacyjna z przedstawicielem firmy.

Pitu pitu o życiu, o wykształceniu, o rodzinie, potem trochę w obcym języku, na koniec podpis przed urzędniczką o wzięciu udziału w jakichś działaniach przeciw bezrobociu i… wreszcie decyzja o wydaniu skierowania na kolejną rozmowę kwalifikacyjną, lecz tym razem już do siedziby firmy. Podekscytowanie i adrenalina wahały się na poziomie maximum. Odrobinkę spadły, gdy okazało się, że podobne skierowania otrzymała większość uczestników, czyli około kilkunastu osób.

Wezwanie na drugi etap miało być już telefoniczne w następnym tygodniu. Jak się okazało nie wszyscy „skierowani” zostali na niego zaproszeni. Tak czy owak, z rzekomego skierowania trzeba było się rozliczyć w urzędzie pracy do podanego terminu. Mało ważne, że na skierowaniu widniało wyznaczone miejsce na wpis dotyczący godziny stawienia się bezrobotnego, zgody lub odrzucenia kandydata oraz argumentację i podpis pracodawcy. Czysta kartka wracała do urzędu pracy. Wraz z nią wracało także z jednej strony – załamanie, z drugiej – rozgoryczenie.

Po dogłębnym wyjaśnieniu sprawy u źródła, okazało się, że tak naprawdę przedstawiciele firmy nie mieli obowiązku dzwonić do wszystkich, (bo po co?) ale wybierali kandydatów na podstawie CV. Stąd do wybranych dzwonili. Reszta? Hmm… musi  cierpliwie czekać na kolejny casting. Tylko po co? Aby znowu usłyszeć: taki mamy dzisiaj rynek pracy…?

Wydawca oraz Redaktor portalu MlawaInfo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczanych przez użytkowników. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karna lub cywilna

Brak komentarzy